piątek, 20 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

- Jestem już stary. - Mówił staruszek do chłopca. - Za mojego panowania odeszło wiele wielkich osób. Nelson Mandela, Paul Walker, Cory Monteith... Ale życie dostało wiele postaci, których czas dopiero nadejdzie, takich jak Royal Baby. Zdarzyło się wiele tragedii, na które nie miałem wpływu, np. Maraton w Bostonie. Mam nadzieję, że za mojego panowania nie brakowało też szczęśliwych chwil.
Zamilkł na chwilę.
- Myślę, że mimo wszystko to był dobry rok. - Powiedział w końcu. - Wielu ludzi przeżyło wspaniałe momenty swojego życia. A święta... - Zamyślił się. - Święta są piękne co roku. Ale w moim były magiczne. Pełne miłości, radości, zaufania i ciepła. Każdy powinien zadbać by takie były.
Znowu zamilkł, zatopił się we własnych myślach gładząc długą, siwą brodę. Potem, jakby nagle, przypomniał o chłopcu.
- Czeka cię ciężkie zadanie. - Powiedział kiwając pouczająco palcem wskazującym. - Musisz pamiętać, że każdy potrzebuje radości i smutku, ciepła i zimna, świąt i pracy. Pamiętaj o tym a będziesz wspaniałym Nowym Rokiem.
- Dobrze, Stary Roku. - Odpowiedział chłopiec i w tym momencie za oknem rozległo się odliczanie zebranego tłumu.
Staruszek uśmiechnął się, a gdy tłum doliczył do zera i w niebo wystrzeliły kolorowe ognie, zamknął oczy i zasnął.
Dziecko wstało i podeszło do okna.
- Będzie dobrze. - Powiedziało.

***

Tą krótką historyją chciałam życzyć wam wesołych, pogodnych i ciepłych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego i szalonego Nowego Roku i spełnienia marzeń i planów w roku 2014. :*

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze :*

Paulina

wtorek, 17 grudnia 2013

Aktywny blog

Jeżeli jest ktoś kto jest zaineterowany moją twórczością to zapraszam na mój aktywny blog:
odmiennosc-to-my.blogspot.com

Pozdrawiam :)

sobota, 12 października 2013

Epilog: O Końcu

Żył jeszcze przez dwa miesiące. Te dwa miesiące, wbrew wszystkiemu, była najlepsze ze wszystkich. Żyliśmy pełnią życia, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że jutra nie będzie. Tak bardzo żałowaliśmy każdej chwili spędzonej inaczej...
Pamiętam, jakby to było wczoraj, nasz ostatni dzień. Byliśmy u jego babci na ogródku, sami. Czas spędziliśmy na słuchaniu muzyki, spacerach, rozśmieszaniu się nawzajem. A w nocy oglądaliśmy gwiazdy i myśleliśmy co by było gdyby i co może nas czekać po śmierci.
Resztę nocy spędziliśmy razem. Zasnęłam w jego objęciach a gdy rano się obudziłam nie poczułam ciepła jego ciała, szumu bicia serca.
Dopiero wtedy zrozumiałam jak to boli. Nie zdawałam sobie sprawy, że gdy już umrze będę tak cierpieć...
Zaczął się najgorszy okres mojego życia. Po kilku miesiącach rodzice zdecydowali się umieścić mnie w ośrodku psychiatrycznym z ciężką depresją i podciętymi nadgarskami...
Wyszłam z tego po roku, z pomocą rodziny, przyjaciół, rodziny Kacpra.
Dziś mam 35 lat, pracuję w laboratorium medycznym przy szpitalu, w którym dowiedziałam się, że jestem niepełnosprawna. Mam własne mieszkanie i świnkę morską.
Męża nie mam. Ani narzeczonego, ani chłopaka. Jestem sama. Nie potrafię spojrzeć na mężczyznę i nie nie widzieć JEGO twarzy. Każdy dotyk odczuwam jako zdradę...
Ale nie jest mi z tym źle. Podoba mi się moje życie, które traktuję jako sprawdzian przed znalezieniem się w krainie, w której czeka na mnie ten jedyny...
_____________________________
Tym oto sposobem żegnam się z tym opowiadaniem.
Żywię głbęboką nadzieję, że nie żegnam się z wami! Zapraszam na blog:
gdy-zycie-sie-zmienia.blogspot.com
Gdzie w najbliżyszym czasie pojawi się prolog do mojej nowej, bardziej optymistycznej i fantastycznej opowieści :D

Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy byli ze mną i z moim opowiadaniem. Dziękuję za wszystkie komentarze, ciepłe słowa i mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy/przeczytamy.

:D

piątek, 11 października 2013

"Czy jeżeli mocno się postaram będę w stanie zmienić cokolwiek?"

Jego twarz przypominała maskę.
- Czemu mi to robisz? - Zapytał ostro. - Czemu robisz to sobie?
- Bo nie mogę pozwolić byś podejmował za mnie decyzje dotyczące naszego związku. - Powiedziałam.
- Ala - Westchnął ciężko i opadł na łóżko. Przez chwilę milczał a ja mu się przyjrzałam.
Na głowie miał opatrunek. Nie pokazałam tego po sobie, ale poczułam niewyobrażalną ulgę gdy nabrałam pewności, że on jest w domu. Tak się o niego bałam...
- Powiedz mi prawdę. - Poprosiłam cicho.
Podniósł się, przysiadł na krańcu posłania i spojrzał mi w oczy.
- Nie bądź znowu uparta. - Powiedział.
- Skąd wiesz, że znowu? - Zapytałam. - Przecież podobno jestem dla ciebie jak obca osoba. - Zrobił urażoną minę. Identyczną do tej jaką robił zawsze gdy się kłóciliśmy i było jasne, że mam racje. Otworzyłam szeroko oczy.
- Pamiętasz. - To było stwierdzenie. Nie pytanie. Opuścił wzrok na moje kolana. - Od kiedy?
- Od tamtego bólu głowy w parku. - Odpowiedział cicho.
- Więc dlaczego... - Zaczęłam cicho, ale mi przerwał.
- Dlatego, że tak trzeba! Dla ciebie. Nie zrozumiesz tego!
-Nie zrozumiem bo nic mi nie mówisz! - Jęknęłam a on zamilkł.
- Nie zachowuj się jak rozpouszczony bachor! - Traciłam cierpliwość. - Kacper, masz 18 lat! Pokaż choć trochę, że jesteś mężczyzną i powiedz mi co jest grane! - Postanowiłam zagrać na jego dumie.
Po jego twarzy przeszedł wściekły grymas, ale zniknął gdy posniósł na mnie wzrok. Widząc jego oczy natychmiast się uspokoiłam.
- Co się dzieje... - Wyszeptałam.
- Pozwolisz mi, żebym pomógł ci położyć się obok mnie? - Zapytał.
Kiwnęłam głową, nagle przerażona.
Pomógł mi i zaraz oboje gapiliśmy się w sufit jego pokoju.
Miał na nim poprzyklejane gwiazdki od kiedy skończył 10 lat. Miał do nich wielki sentment.
- Obiecaj, że nie będziesz panikować. - Powiedział głosem bez emocji.
- Obiecuję.
- Operacja była w sumie nie potrzebna. - Powiedział tym samym tonem. - I tak nie uratowałaby mi życia. Tylko je przedłużyła.
- Ale jak... - Zaczęłam, ale mi przerwał.
- Umieram, Alu. - Jego głos stracił na sile. - Mam uraz części mózgu, która zabije resztę. Nie ma dla mnie szans.
- Nie możliwe. - Wyszeptałam. Odwrócił się do mnie i przytulił mnie. Nie puszczając kontynuował:
- Chciałem ci ulżyć. Myślałem, że jeśli się rozejdziemy będzie cię mniej bolało.
- Idiota. - Wymruczałam przez cisnące się łzy, przytulając go jeszcze mocniej. Zaśmiał się.
- Wiem. Przepraszam.
- Na prawdę myślałeś, że ot tak pozwolę ci odejść?
- Miałem nadzieję. - Wtulił twarz w moje włosy. - Tak bardzo cię kocham, że nie potrafię sobie wyobrazić, że będziesz znowu przeze mnie płakać...
Łzy pociekły mi po policzku na jego koszulkę.
- To jeszcze nie koniec. - Powiedziałam.
- Nie ma szans.. - Zaczął, ale tym razem to ja mu przerwałam.
- Wiem. Ale zostało jeszcze trochę czasu, prawda?
Podniósł mój podbrudek i otarł policzki.
- Tak. Jeszcze zostało.
- Spędźmy ten czas razem. - Poprosiłam. W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko i złożył na moich ustach pocałunek.
***
Kilka godzin później dalej leżelimśmy w jego łóżku, ale  z tą różnicą, że byliśmy przykryci i Kacper spał.
Patrzyłam na jego spokojną twarz wsparta na łokciach.
Czy płakałam?
Oczywiście.
Moje serce znowu było złamane. Ale tym razem towarzyszył temu bólowi dziwny spokój.
Kochał mnie.
Rozłączy nas dopiero śmierć.
W tym dniu kochałam go tak mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej...
____________________________________
1. Nie bijcie!
2. Przeczytałam wasze prośby i mam nadzieję, że ten rozdział odpowiedział na nie wystarczająco.
3. Jutro dodam epilog.
4. Nie jest mi łatwo pisać to zakończenie, ale całe to opowiadanie miałam od początku zaplanowane.
5. Co wy na to, żebym zaczęła nowe opowiadanie? Po głowie chodzi mi długa historia fantasy. Czytalibyście?
6. Dziękuję gorąco za wszystkie komentarze i opinie! ;3

niedziela, 6 października 2013

"Ci którzy próbują dotknąć gwiazd często potykają się o źdźbło trawy."

Gonitwa po szczęście. Wielki wyścig ludzkości, który wygrywają tylko niektórzy. Czy ja go przegrałam? Myślałam, że tak. Uważałam, że zostałam nieprzepisowo wykluczona z gry i zepchnięta do boksu dla przegranych.
Teraz myślę inaczej. Siedzę na trybunach na całorocznym lodowisku gdzie zawsze trenowałam z przyjaciółmi, moją ekipą i oglądam trening moich współzawodniczek. Byłych współzawodniczek...
W pewnym momencie mnie zauważają. Zaczynają klaskać, machać, wiwatować z wielkimi uśmiechami.
Odmachuję im z ciepłym grymasem na twarzy i podjeżdżam wózkiem bliżej bandy oddzielającej trybuny od tafli lodu.
- Nareszcie! - Jako pierwsza zjawia się przy mnie Oliwia. Podjeżdża na swoich ulubionych, zielonych łyżwach z charakterystycznym, szerokim uśmiechem.
- Przyszłam zobaczyć jak sobie beze mnie radzicie. - Odparłam zadziornie.
- Wyśmienicie. - Wtrąciła Anka podjeżdżając z resztą do barierek.
- Tylko zrobiło się cicho. - Dodał Adrian.
- Co tu się dzieje?! - Usłyszałam głos trenerki. - Co wam kazało przerwać rozgrzewkę?
Rozstąpili się odsłaniając mnie tak by zobaczyła. Uśmiechnęła się.
- Miło cię widzieć, Alu. - Powiedziała.
- Panią również. - Odparłam szczerze. Pani Ola była przesympatyczną kobietą, około czterdziestu pięciu lat, z siwiejącymi skroniami i małymi, niebieskimi oczami przeszywającymi mnie zawsze na wylot.
- Masz czas zostać? - Zapytała. - Muszę planowo poprowadzić trening.
- Tak właściwie to przyszłam na niego popatrzeć. - Odparłam z uśmiechem.

W czasie gdy grupa wykonywała ćwiczenia ja rozmawiałam z panią Olą.
- Cieszę się, że wyszłaś z dołka. - Powiedziała poważnie.
- Ja też. - Zaśmiałam się.
- Przyszłaś w jakimś konkretnym celu? - Zapytała. Kiwnęłam głową.
- Przyszłam po wsparcie psychiczne. - Zaczęłam. - I odzyskać moje życie społeczne.
- Trzymam kciuki. - Uśmiechnęła się ciepło, ale spoważniała. - Jest coś jeszcze prawda? - Zapytała.
Zawahałam się, ale przełknęłam ślinę i odparłam:
- Chciałam się zapytać co u Kacpra.
- A czemu nie zapytasz jego? - Uniosła w zdziwieniu brwi.
Była jego ciocią i liczyłam na to, że przekaże mi informacje o jego stanie.
- Ostatnio nie chciał mnie widzieć. - Powiedziałam cicho, patrząc na swoje dłonie.
- Skarbie - Usłyszałam i poczułam jej rękę na ramieniu. - On jest facetem. Ma inny sposób myślenia. Pogadaj z nim. Nawet jeśli miałabyś go do tego zmusić.
Podniosłam na nią wzok, ale ona już krzyczała coś do łyżwiarzy.

- Wrócisz do nas do szkoły? - Pytała Oliwia gdy wracałyśmy z lodowiska.
- Nie wiem, prawdopodobnie nie. - Odparłam.
- Dlaczego? - Spytała zawiedzionym głosem.
- Do Batorego jest daleko, trzeba jeździć autobusem a ja nie mam zamiaru się tak męczyć. - Westchnęłam. - A do tego sama szkoła nie jest przystosowana do wózkowiczów.
- Szkoda. - Wtrącił Adrian. - Z tobą zawsze coś się działo.
- Dzięki. - Zaśmiałam się. - Mi też będzie was brakowało.
- A masz kontakt z Kaśką? - Zapytała Oliwia.
- Chyba się na mnie obraziła. - Wyznałam. - Nie byłam dla niej zbyt miła.
- Musisz z nią pogadać. - Powiedział Adrian poważnie.
"Znowu ktoś każe mi z kimś rozmawiać." Pomyślałam.
- Pewnie. - Powiedziałam na głos.
- To powodzenia! - Powiedziała Oliwia bo doszliśmy pod moją klatkę.
Pożegnaliśmy się i popatrzyłam za nimi jak odchodzą trzymając się za ręce. Pamiętam jak kiedyś byliśmy z Kacprem na podwójnej randce...
Westchnęłam i skręciłam w stronę Gałeczki.
Chwilę potem byłam już pod właściwymi drzwiami.
Zadzwoniłam.
Otworzyła mi jego mama. Na mój widok najpierw spoważniała a potem uśmiechnęła się szeroko. I szczerze.
- Wejdź... - Powiedziała po czym zrobiła przestraszoną minę. - Przepraszam. Nie pomyślałam!
Dopiero potem zrozumiałam o co chodzi.
- Nie szkodzi. - Powiedziałam szybko. - Wejdź nawet bardziej pasuje. Bo wjedź brzmi, jak dla mnie, strasznie.
- Dobrze. - Uśmiechnęła się z ulgą. - Kacper jest w swoim pokoju.
Podziękowałam i ruszyłam w dobrze znanym mi kierunku. Zapukałam i otworzył mi, oczywiście, Kacper. Ze zdziwioną miną.
- Ala? Co ty tu robisz?
- Przyszłam pogadać. - Odparłam poważnie. - Mogę?
Nie odpowiedział tylko przepuścił mnie w drzwiach.
- Więc o czym chcesz pogadać? - Westchnął siadając na krześle obok biurka.
- O tym, że mnie okłamałeś. - Powiedziałam. Nie miałam pewności co robię. Zaufałam temu, że znam go jak nikogo innego. Miałam nadzieję, że się nie pomylę.
- W czym cię okłamałem? - Zapytał sztywno.
- W tym, że nic do mnie nie czujesz. - Powiedziałam i ciągnęłam powoli - Myślę, że po prostu chcesz grać bohatera. Nie chcesz mnie do siebie dopuścić bo uważasz, że jesteś źródłem nieszczęść. Prawda?
Potem zdecydowałam się na niego spojrzeć...
____________________________________
OGŁOSZENIA PARAFIALNE:
1. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie te wspaniałe komentarze! :*
2. Następny rozdział planuję dodać dopiero w sobotę ponieważ mam wycieczkę na poligon (!) i nie mam jak dodać wcześniej.
3. Zostały mi jeszcze planowo dwa rozdziały, czyt. jeden rozdział + prolog.
4. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze i opinie! :D

sobota, 5 października 2013

"Nie mogę żyć bez mojego życia!"

- I ona tak przez cały czas? - Usłyszałam w drzwiach głos mojej przyjaciółki.
- Dzisiaj ma dobry dzień. - Odparła moja matka.
Normalnie wywróciłabym oczami, odpyskowała, albo coś w tym rodzaju. Ale ostatnio nie miałam siły, ochoty ani przyjemności z robienia tego, więc zaprzestałam tego typu aktywności.
Zaczęły się wakacje. Na rzecz wypadku straciłam ostatni miesiąc szkoły. Siedziałam przy oknie i patrzyłam jak dzieci wychodzą ze szkoły elegancko ubrane, z szerokimi uśmiechami na twarzy. Obserwowałam to z obojętną miną, pustymi oczami i dziurą w sercu.
Jadałam posiłki w gronie rodzinnym, chodziłam na rehabilitację, ale byłam wrakiem człowieka. Wiedziałam o tym i nie miałam sił by to zmienić.
- Ala - Usłyszałam głos przyjaciółki bliżej niż ostatnim razem. - Daj znak życia. Proszę. - Mówiła błagalnym tonem.
- Założyłabym nogę na nogę, ale nie potrafię. - Odparłam opryskliwie. - Po co przyszłaś?
- Pogadać. - Westchnęła i usiadła obok, na łóżku. - Martwimy się o ciebie.
- Niepotrzebnie.
- Wydaje mi się, że jednak potrzebnie. - Jej głos stał się bardziej stanowczy. - Kiedy ostatnio pożądnie się umyłaś? Wyszłaś na dwór dla rozrywki? Pogadałaś z kimś jak normalny człowiek?
Odwróciłam do niej głowę i spojrzałam jej w oczy pełne smutku i troski.
- Nie jestem normalnym człowiekiem. I nie będę. - Powiedziałam suchym tonem. - Wszystko co osiągne lub dostanę i tak zostanie mi odebrane, więc po co się starać?
- Dla twoich rodziców. Dla mnie. Dla siebie! - Podniosła głos. - My już nic nie znaczymy?! Kacper nie jest jedynym człowiekiem na ziemi!
Ścinęłam wargi i znów spojrzałam przez okno.
- Przepraszam. - Wyszeptała Kasia. - Nie chciałam teg...
- Wyjdź. - Nakazałam ostrym tonem. - Zostawcie mnie wszyscy w świętym spokoju.
- Dobrze. - Powiedziała i się podniosła. - A jeśli by cię to interesowało to Kacper jest właśńie w trakcie operacji. - Dodała i wyszła.
Powstrzymałam łzy cieknące po policzku.
Nie wiedziałam czemu taka jestem; oschła, zimna i depresyjna. Nigdy nic tak na mnie nie zadziałało. Zawsze byłam silna psychicznie jak i fizycznie...
"- Zakochałem się w tobie na lodowisku." W pamięci mignęły mi słowa Kacpra. "Kiedy patrzyłem na to jak robisz wszystko co w twojej mocy by osiągnąć cel, podziwiałem ten niezwykły błysk w oku. Byłaś wtedy jak anioł."
- To popatrz na mnie teraz. - Szepnęłam i odwróciłam się do lustra. Tłuste, potargane włosy, ciemne, podkrążone i zmęczone oczy. Obraz nędzy i rozpaczy.
- Gdzie twoje serce wojowniczki? - Usłyszałam głos mamy w drzwiach.
- Chyba zginął w wypadku. - Odparłam.
- Nie wierzę w to. - Odparła nie ruszając się z miejsca. - Myślę, że nie tylko Kacper potrzebuje wspomnień by odzyskać swoje dawne ja. Ty również straciłaś w tym wypadku część siebie. Dawna Alicja Cyrankiewicz nie pogodziłaby się z porażką. Złamane serce naprawiłaby ciężką pracą. Swój obecny stan doprowadziłaby do perfekcji by znów zająć się sportem bo ludzie na wózkach też to potrafią.
Zamilkła na chwilę, podeszła do mnie i uklękła przed moim wózkiem.
- Dziecko. Zawsze byłam z ciebie dumna. Zawsze. Nie pozwól by jeden wypadek zrójnował twoje życie. Daj mi jeszcze szansę bym znów mogła być z ciebie dumna.
Popatrzyła mi w oczy. Jej były kasztanowe, ze złotymi iskierkami i ciemnymi obwódkami, moje zielone z brązowymi kropkami i zawsze dużymi źrenicami. W tych oczach widziałam czar mojego dzieciństwa. Kojarzyły mi się z beztroskimi czasami i radością a teraz były surowe a jednocześnie smutne i przepełnione nadzieją.
Westchnęłam.
- Pomożesz mi się wykąpać? - Zapytałam.
____________________________________
Jest nowy! Zapraszam do komentowania bo czytanie tego jest najlepszą rzeczą na świecie.
Dziękuję za wszystkie opinie jakie się tutaj dotychczas pojawiły ;D

Jeżeli następny rozdział nie pojawi się do wtorku to nie pojawi się on do soboty ponieważ mam trzy dniową wycieczkę ;D

piątek, 4 października 2013

"Gdy wyprzedzamy marzeniami teraźniejszość cofamy się, nawet nie wiemy kiedy."

Wszystko działo się bardzo szybko, ale widziałam to jak na zwolnionym filmie.
Szliśmy parkiem wspominając, tak jak było w umowie. Po moich ćwieczeniach jego kolej na próbę odzyskania pamięci. Od samego początku był strasznie zmierzły, a nie zdarzało mu się to często. Ale zwaliłam to na trudy naszej nowej rzeczywistości. Potem nagle usiadł na ziemi i jęcząc obejmujął rękami głowę.
- Kacper, co jest? - Zapytałam przerażona. Nie odpowiedział.
Zadzwoniłam na pogotowie. Potem do jego matki. Ojciec nie za bardzo mnie lubił i nie chciałam być tą złą, przekazującą złe wiadomości.
***
Siedziałam na korytarzu, pod ścianą. Wózek stał obok mnie a ja czekałam. Na jakiekolwiek wieści, pocieszenie, dobicie lub cokolwiek innego.
Nagle drzwi się otworzyły i wyszła z nich pielęgniarka. Znałam jej twarz bo opiekowała się Kacprem gdy był tu ostatnio, powoli siwiejąca pani o wielkich oczach i ciepłym uśmiechu nie schodzącym z twarzy.
Teraz jej mina przypominała maskę.
Usiadła obok mnie.
- Nie lubisz go prawda? - Zapytała dotykając wózka.
Pokręciłam głową.
- Nie, chyba jest mi obojętny. - Powiedziałam. - Mam ważniejsze sprawy niż załamywanie się nad własnym stanem.
- Liczą na ciebie. - Przytaknęła kobieta. - Ale kiedyś trzeba być samolubnym.
- Do czego pani zmierza? - Zapytałam wprost.
- Do tego, że jedynym człowiekiem, który nas nigdy nie opuści i zawiedzie jesteś ty sam. - Powiedziała powoli.
- Co mu jest? - Odezwałam się ledwo słyszalnie.
- Powikłania po wypadku. - Jej głos był spokojny, bez żadnych emocji. - Potrzebna będzie operacja.
- Ale wyjdzie z tego? - Dopytywałam nie patrząc na nią.
- Nie wiem. - Powiedziała. - Ta operacja nie jest łatwa i wiele rzeczy może pójść nie po naszej myśli. Ale nie jest bez szans.
Oczy zaszły mi łzami. Najpierw miałam wszystko, potem wszystko zostało mi odebrane, następnie część odzyskałam i teraz znowu tracę.
- Mogę do niego pójść? - Zapytałam. Kobieta pokiwała twierdząco głową. - A pomoże mi pani? - Dodałam cicho.
Natychmiast wstała i zrobiła co trzeba. Popchnęła mnie ku właściwym drzwiom.
- Cześć. - Usłyszałam od razu.
- Hejo. - Odparłam i podjechałam obok jego łóżka. Rodzice wyszli z pomieszczenia.
- Czemu dalej tu jesteś? - Zapytał.
- Bo jesteś dla mnie wszystkim. - Odparłam bez wahania.
- Nie powinienem. - Prychnął. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Chodzi o to - zaczął powoli - że nie uważasz, że przynoszę ci za dużo kłopotów?
- Co ty wygadujesz? - Wyszeptałam.
- Uważam - Mówił powoli i tak jakby miał gulę w gardle - że powinnaś zająć się sobą i zostawić mnie w tyle.
- Przestań. - Szepnęłam patrząc na niego wielkimi oczami.
- Nie pamiętam jak nasz związek wyglądał przed wypadkiem, ale teraz nie jest fajnie. -Powiedział już pewnej, patrzył na pościel, nie na mnie. - I myślę, że za bardzo się mną przejmujesz.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem. W oczach miałam łzy.
-Nie rób tego. - Powiedziałam łamiącym się głosem.
- Zostaw mnie. - Usłyszałam z jego ust. - Wyjdź i nie wracaj, zostaw mnie w spokoju. Może kiedyś bym tego nie zrobił, ale dziś jestem innym człowiekiem. Przykro mi.
Łzy popłynęły mi po policzkach. Czemu mu wierzyłam? Czemu to tak zabolało?
Wyjechałam z pokoju...
____________________________________
Przepraszam, że tak długo :c Miałam w tym togodniu sporo roboty a do tego wycieczkę...

LICZĘ NA KOMENTARZE :D

niedziela, 29 września 2013

"Porażka to nadzieja, której udziela nam szczęście."

- Jeszcze dziesięć. - Powiedział a ja powstrzymałam jęk, albo warkot. - Nie narzekaj. - Dodał wesołym tonem.
Byliśmy na sali korekcyjnej w naszym starym gimnazjum. Było najbliżej a dyrektorka bardzo przejęła się moim stanem i pozwoliła mi z niej korzystać.
Rehabilitantka zadała zadania i Kacper pomagał mi w ich wykonaniu.
Właśnie robiłam pompki. O ile pompkami można nazwać półleżenie i staranie się by podnieść swój tułów na rękach.
Kiedy skończyłam pomógł mi usiąść na wózek.
- Dobrze sobie radzisz. - Powiedział odwożąc mnie do szatni. Prychnęłam zirytowana.
- Nikt nie mówił, że będzie tak ciękżo.
- Nikt nie mówił, że życie tak bardzo skopie nam tyłki. - Odparł poważnie.
Westchnęłam ciężko.
- Przepraszam, że tak narzekam. - Wyznałam. - Ty jak zwykle zachowujesz się nienagannie.
- Tak? - Zaśmiał się cicho. - Dziwnie się czuję z myślą, że wiesz o mnie więcej niż ja sam.
- Zawsze zachowujesz zimną krew kiedy ja panikuję. - Powiedziałam. - Wolisz gorzką kawę a ja słodką, ty uwielbiasz pizzę z salami a ja kukurydzą. Mogłabym tak wymieniać godzinami.
- Tak się różnimy? - Zdziwił się.
Dojechaliśmy do szatni i sama wjechałam do osobnego pomieszczenia by się przebrać.
- Uzupełniamy się. - Powiedziałam głośno. - A jak ty się trzymasz?
- Boli mnie głowa, a tak to chyba nie jest najgorzej. - Usłyszałam zza drzwi.
- Brałeś tabletki? - Zapytałam.
- A myślałem, że to ja jestem ten rozgarnięty typ. - Mruknął pod nosem. Zaśmiałam się.
Byłam tak zdziwiona, że aż upuściłam koszulkę.
Zaśmiałam się...
***
- On zawsze tak na ciebie działał. - Mówiła moja mama podczas obiadu gdy opowiedziałam jej całą sytuację. - Przy nim zawsze jesteś taka promienna.
- A co jeśli on nie odzyska pamięci? - Zapytałam. - Jeżeli nie przypomni sobie, że mnie kocha i ja kocham jego?
- Jeżeli sobie nie przypomni to na pewno zakocha się na nowo. - Odparła uśmiechając się ciepło.
Wbiłam widelec w ziemniaka i zamyśliłam się. Po chwili na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dziękuję mamo. - Powiedziałam przytulając ją lekko.
***
Siedzieliśmy w pokoju i oglądaliśmy zdjęcia.
- A tu byliśmy razem w Ustce. - Pokazałam mu fotografi na której stoimy pod znakiem z wielkimi uśmiechami obejmując się. - Rok temu, na wakacjach.
- Musiało być super. - Powiedział ze sztucznym uśmiechem.
- Może to nie to. - Powiedziałam szybko. - Może to nie to wspomnienie ma być tym impulsem. Szukamy.
- Wiem. - Odparł masując skronie.
- Boli cię głowa? Dalej? - Zaniepokoiłam się.
- To nic takiego. - Powiedział szybko.
- Powinieneś o tym powiedzieć lekarzowi. - Zganiłam go.
- Nie trzeba. - Powiedział twardo i zmienił temat: - A to gdzie?
- W Spodku. - Westchnęłam. - Na meczu Polska - USA na tegorocznej Lidze Światowej w siatkówce. Zdjęcia z Kurkiem, Dzikiem i Holtem to twoje największe skarby.
- To pamiętam. - Powiedział. - W sensie to, że lubię siatkówkę. - Dodał szybko.
- Bo uwielbiasz ją od dziecka. - Powiedziałam poważnie. - Ja zawsze jeździłam na łyżwach a ty grałeś na halach.
- Więc oboje mamy sportową krew. - Zaśmiał się. - Nigdy się nie poddajemy, tak?
Przytaknęłam mu z uśmiechem.
- A to gdzie? - Zapytał pokazując kolejną fotogtafię.
____________________________________
Rozdział mało konkretny, ale na następny szykuję bum! ;D

Proszę o komentarze, nawet jeżeli już komentowałaś poprzednie rozdziały. To bardzo nakręca ;D

"... a bóstwa to już tylko złote posążki.."

- Jestem twoją matką, Kacperku. - Powiedziała zszokowana kobieta.
- Na prawdę? - Zdziwił się chłopak. - Nie pamiętam.
- Pójdę zawołać panią doktor. - Powiedziałam cicho i ulotniłam się z pokoju.
Z dziwnym spokojem objaśniłam lekarce sytuacje.
Weszła do gabinetu i wyprosiła wszystkich zgromadzonych.
***
- Wygląda na to, że Kacper ma amnezję. - Mówiła pani doktor. - Nie pamięta osób, miejsc, wspomnień od czasu śmierci jego dziadka. Ostatnie co pamięta to jego pogrzeb. Nie wiem jeszcze na ile jest to związane z szokiem a na ile z urazem głowy.
- Czyli nie wie pani czy to trwałe. - Dopowiedziałam. Kiwnęła powoli głową.
- Przykro mi, ale ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. - Powiedziała ze smutkiem w głosie. Nie miałam głowy do tego, żeby oceniać czy był szczery.
Matka Kacpra płakała w objęciach męża a ja powstrzymywałam łzy.
Stało się. Straciłam go. Nie pamiętał mnie, tego co nas łączyło ani żadnej z naszych randek.
Odjechałam z pomieszczenia i ruszyłam przed siebie ledwo widząc przez łzy.
- Alu... - Usłyszałam łamiący się głos mojej mamy i rozpłakałam się już na dobre. Przytuliła mnie.
I tak trwałyśmy przez kilkanaście minut. Ułomna, płacząca ja i tuląca mnie kobieta, która w tej chwili była mi bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.
***
- Pyta o ciebie. - Powiedział mi Szymon przez telefon. Zamurowało mnie. - Pyta o dziewczynę płaczącą na korytarzu z jego powodu, o dziewczynę, która miała rozpacz w oczach przy jego łóżku. Stara się sobie przypomnieć.
Łzy pociekły mi po policzkach. Znowu. Zastanawiałam się nad tym ile człowiek może płakać i czy jest w stanie wypłakać wszystkie łzy.
- Nie jestem teraz w stanie. - Wyszeptałam do aparatu.
- Możesz mu pomóc. - Odpowiedział uparcie. - Psycholog mówi, że twoje wspomnienia i twoja wartość mogą coś zdziałać.
- Szymon, uwierz mi, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której pragnęłabym bardziej niż jego powrotu, ale nie wiem czy dam radę. - Głos mi się załamał. - Mi też nie jest łatwo. Matka nie spuszcza ze mnie wzroku bojąc się, że sama zrobię sobie krzywdę. I ja też mam psychologa. I rehabilitantkę. I cały zastęp ludzi traktujących mnie jakbym była z porcelany. I jestem na skraju załamania nerwowego. Przepraszam, ale nie dam rady.
Po drugiej stronie linii zapadła długa cisza.
- Błagam. - Odezwał się w końcu. - Chociaż przyjdź. On cię potrzebuje. Ty go potrzebujesz.
Najgorsze jest to, że w duchu przyznawałam mu racje...
***
Wjeżdżając do jego pokoju myślałam tylko o tym, żeby się nie rozpłakać.
- Cześć. - Usłyszałam tak dobrze znany mi głos.
- Hej. - Odparłam nie patrząc mu w oczy.
- Przepraszam. - Powiedział po chwili milczenia. Spojrzałam na niego zaskoczona. - Za to, że złamałem ci serce. Tak bardzo chciałbym cię pamiętać...
Chwyciłam go ostrożnie za rękę.
- To nie twoja wina. - Powiedziałam cicho. - Ja przepraszam za to, że nie chciałam do ciebie przyjść.
- Rozumiem. - Powiedział. - Słyszałem, że nie jest ci łatwo.
Pokiwałam głową.
- Zawrzyjmy umowę. - Zaproponował. - Ja nigdy nie poddam się w poszukiwniu wspomnień a ty nigdy nie poddasz się wózkowi. Możemy się nawzajem wspierać.
- Zawsze to robiliśmy. - Powiedziałam i spojrzałam w jego oczy. Nic się nie zmieniły, brakowało im tylko złośliwego błysku, który był w nich prawie zawsze... Były za to pełnie... pasji. Zawzięcia.
- Jak się poznaliśmy? - Zapytał, spuściłam wzrok.
- Na koncercie szkolnego zespołu, cztery lata temu. - Powiedziałam powoli. - Rok później zaczeliśmy się spotykać.
- Długo. - Westchnął w odpowiedzi. Znowu kiwnęłam głową. Poczułam, że coś we mnie pękło.
Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam ciękżo oddychać.
- Co jest? - Usłyszałam kobiecy, nieznany mi głos.
- Ciężkie chwile. - Odpowiedział jej głos Kacpra.
Uniosłam głowę, w drzwiach stała pielęgniarka i patrzyła na mnie ze współczuciem.
- Muszę do łazienki. - Wychrypiałam i zniknęłam za drzwiami.
Tak jak można było przypuszczać nie była ona przystosowana do wózkowiczów, ale i tak nie przyszłam tam załatwić potrzeb tylko pomyśleć, uspokoić się.
- A co jeśli nie dam rady? - Usłyszałam przez drzwi Kacpra.
- Dasz. Oboje dacie. - Odpowiedział głos jego matki. Skąd ona się tam wzięła? - A kiedyś będziecie opowiadać o tym wnukom.
Wymruczał coś cicho w odpowiedzi, nie dosłyszałam nic konkretnego.
- Ona jest niesamowita. - Odparła jego matka. - Jest silna i nie podda się. Jest sportowcem i nie pogodzi się z porażką. Zobaczysz.
To prawda. O tym sporcie. Jestem łyżwiarką. Nawet planowałam wiązać z tym przyszłość. Sportowcy mają to do siebie, że walczą do samego końca, więc dlaczego nie miałabym być inna?
"Bo już więc nie pojedziesz na łyżwach." Odpowiedział głos w mojej głowie.
- Ale nie mogę przegrać życia. - Szepnęłam do siebie. - Ani swojego, ani jego.
____________________________________

"A Bóg? Nie ma Boga, są tylko krzyże na drogach."

W ciemności dobiegał do mnie jedynie dźwięk miarowego pikania. Pikanie rozbrzmiewało dokładnie w odstępach 1,5 sekundy. Z nudów zaczęłam liczyć.
Jeden... Dwa... Trzy...
Doszłam do 159 gdy dotarł do mnie odgłos kroków. Ciężkich, szybkich kroków.
Pikanie przyspieszyło.
- Pani Cyrankiewicz? - Doszedł do mnie nieznany mi, kobiecy głos. - Doktor Ogaza panią prosi.
Potem znowu rozległy się kroki, ale zaraz ucichły.
Pikanie wróciło do normy.
Poczułam dotyk. Na ręce.
Czułam się dziwnie pusta, myślenie przychodziło mi z trudem a fakty kojarzyłam bardzo wolno.
Otworzyłam oczy, ale zaraz je zamknęłam bo oślepiło mnie światło.
Spróbowałam jeszcze raz; powoli.
- Ala. - Usłyszałam dobrze mi znany głos obok mojej głowy.
Szybko spojrzałam w tamtą stronę i przez czaszkę przeszedł mi ostry ból. Syknęłam.
- Powoli. - Powiedziała pospiesznie Kasia. Miała łzy w oczach. - Żadnych gwałtownych ruchów. Zaczekaj, zawołam twoją mamę i lekarza. - Powiedziała i zniknęła za drzwiami.
Po chwili wróciła w towarzystwie eleganckiej kobiety z zapuchniętymi oczami i rozmazanym makijażem oraz z siwiejącym mężczyzną w białym fartuchu.
- Witam, pani Alicjo. - Powiedział facet.
- Co się stało? - Zdołałam wykrztusić.
- Miała pani wypadek samochodowy. - Powiedział wyciągając coś z kieszeni. - Proszę popatrzeć w dal. - Nakazał zapalając latarkę i świecąc mi po oczach. - Jest pani w szpitalu dziecięcym w Chorzowie. Byłaś nieprzytomna przez dwa dni.
Spojrzałam na niego z wielkimi oczami.
- Mam dla pani bardzo ważne zadanie. - Powiedział spokojnie wytrzymując moje spojrzenie. - Proszę poruszyć palcami u nóg.
Zrobiłam co kazał a matka wybuchnęła płaczem.
- Tak jak przewidywałem... - Mruknął lekarz pod nosem z niezadowolną miną.
- Co z Kacprem? - Zpytałam nie przejmując się reakcją mamy.
- Śpi. - Odparł lekarz. - A teraz pozwól, że cię zbadam...
***
Gapiłam się w ścianę. Były na niej namalowane kolorowe pingwiny.
Starałam się nie zwracać uwagi na dzieci hałasujące na korytarzu chociaż chciałam na nie nawrzeszczeć, wyrzyć się na nich. Byłam chyba najstarsza na oddziale.
Ciekawe czemu akurat pingwiny?
Nagle drzwi się rozsunęły i wpadł przez nie ciemnowłosy chłopak.
- Ala! - Wysapał Szymon. - Wiem, że pewnie nie chcesz mnie widzieć, ale ja muszę cię przeprosić.
Spojrzałam na niego pustym wzrokiem. Nic nie odpowiedziałam.
- Jestem idiotą. Już nigdy nie siądę za kółkiem. Nigdy sobie tego nie wybaczę. - Usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach. Na głowie miał opatrunek, prawą rękę na temblaku.
Zrobiło mi się go żal.
- To nie tylko twoja wina. - Powiedziałam cicho.
- A właśnie, że moja. - Zaszlochał. - To, że mój brat jest od trzech dni nieprzytomny, że ty nigdy nie staniesz na własnych nogach, że moja matka patrzy na mnie jak na śmiecia...
- Przestań. - Przerwałam mu ostro. - Zamknij się, weź się w garść i powiedz mi co u niego.
Kacper leżał w innym szpitalu. Miał już 18 lat, więc nie mógł leżeć w dziecięcej placówce. A mnie nie chcieli wypuścić bym mogła go odwiedzić.
- Stabilny. - Odpowiedział Szymon podnosząc głowę.
- Dobrze. - Pokiwałam głową. - Zostaw mnie samą. - Powiedziałam bardziej sucho niż zamierzałam.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi po moich policzkach spłynęły łzy. Mój wzrok padł na wózek stojący pod ścianą, który teraz miał się stać częścią mojego życia, mnie.
Od wczoraj robiłam co się dało by na niego nie patrzeć, by nie myśleć o tym, że już nigdy nie pojadę na rowerze, na łyżwach, że ludzie będą patrzeć ze wspóczuciem, którego nie chcę. A najboleśniejszą myślą było to, że może zabraknąć przy mnie Kacpra.
Kiedy dowiedziałam się, że ma poważny uraz głowy i że niewiadomo kiedy się obudzi zrobiło mi się ciężko na sercu. Ta myśl była sto razy gorsza od wózka.
Zadawałam sobie pytania dlaczego? Za co? Czemu my? I nie potrafiłam na nie odpowiedzieć...
***
Pominę mój pierwszy raz na wózku, pierwszą "przejażdżkę", zajęcia z psychologiem i pierswszą rehabilitację. Przejdę od razu do pierwszego razu jak wjechałam na salę Kacpra.
Bardzo różniła się od mojej, była biała, ściany były nagie a okna odsłoniętę.
Dotknęłam jego ręki tłumiąc szloch. Spędzałam tam prawie cały swój czas, razem z jego rodziną, uciekając przed matką, która patrzyła na mnie ze łzami w oczach i taty, który przerabiał nasze mieszkanie na "bardziej dla mnie".
Pewnego dnia Kacper otworzył oczy. Moją radość, mój pierwszy uśmiech od wypadku zniszczyły jego słowa wypowiedziane najpierw do jego mamy a potem do wszystkich zgromadzonych:
- Kim jesteś? Kim wy wszyscy jesteście i gdzie ja jestem?
____________________________________
Mam nadzieję, że ten rozdział rozjaśnił rodzaj tego opowiadania i że nie zniechęcił nikgogo :)

W planach miałam udostępnić rozdział jutro, ale tyle komentarzy, że nie mogłam się powstrzymać ;D

sobota, 28 września 2013

Prolog: O początku.

Mam na imię Alicja.
Nazwano mnie tak ponieważ moi rodzice bardzo lubią bajkę "Alicja w Krainie Czarów" i myślą, że to imię przyniesie mi szczęście i sprawi, że będę wybijać się ponad przeciętność.
W tym roku zaczęłam studia. Na biologii. W przyszłości chcę zostać mikrobiologiem i pracować w laboratorium. Uczę się i ciężko pracuję bo chcę spełnić marzenie, bo, mimo wszystko, one czasem się spełniają..
Opowiem wam moją historię a zacznę ją pewnego wiosennego dnia.

***

Świeciło słońce. Nie ma nic gorszego dla ucznia niż dobra pogoda za oknem szkolnej sali lekcyjnej. Nerwowo stukałam palcami o blat stolika i nawet nie starałam się słuchać nauczyciela.
- Weź, przestań. - Skarciła mnie przyjaciółka patrząc wymownie na moją rękę.
Westchnęłam ciężko, ale uspokoiłam się.
- Co ty taka nerwowa? - Zapytała szeptem i z uśmiechem Kasia.
- Kacper przyjdzie mnie dzisiaj odebrać. - Odpowiedziałam, uśmiechając się od ucha do ucha.
Koleżanka teatralnie wywróciła oczami.
- Te licealne miłości... - Powiedziała naśladując moją mamę.
Zaśmiałam się cicho.
Zadzwonił upragniony dzwonek.
Cały czas się uśmiechając spakowałam rzeczy do plecaka i krzycząc wszystkim głośne "cześć!" jako pierwsza wybiegłam z klasy.
Stanęłam przed szkołą i rozejrzałam się. Stał tam gdzie zawsze, przy huśtawce po drugiej stronie ulicy.
- I jak tam? - Zapytał mocno tuląc mnie na powitanie.
- Już dobrze. - Odparłam i poczułam jak się śmieje.
Kacper był wyższy ode mnie o głowę, n nieogarniętą, ciemnobrązową burzę i czarne oczy. Ma szyji wsiały słuchawki, jak zawsze.
- Dzisiaj zabieram cię na pizzę. - Powiedział chwytając mnie za rękę. - A potem Szymon powiedział, że nas odwiezie.
Szymon był starszym bratem Kacpra. Z uśmiechem przystanęłam na jego propozycję i ruszlyliśmy do naszej ulubionej pizzerii.
Usiedliśmy i pozwoliłam zamówić mu posiłek a sama zaczęłam wygrzewać się na słońcu wpadającym przez otawrte okno.
- Przegrać walkę o uwagę swojej dziewczyny z pogodą... - Usłyszałam jak mruczy pod nosem mój towarzysz. Zaśmiałam się i otworzyłam oczy.
- Czasem trzeba pogodzić się z porażką. - Odparłam. W odpowiedzi pokazał mi język.
Pizzę zjedliśmy opowiadając sobie o wydarzeniach mijającego dnia, wspominając głupoty i gadając o muzyce.
Zanim się obejrzeliśmy już musieliśmy się zbierać.
Czekając na chodniku na samochód Szymona przytuliłam go.
- A za co to? - Zapytał z uśmiechem, który tak uwielbiałam.
-Za to, że jesteś. - Odpowiedziałam poważnie.
On też spoważniał, uniósł moją głowę i złożył na ustach delikatny pocałunek.
- Kocham cię, wiesz o tym, prawda? - Zapytał patrząc mi w oczy.
W tym momencie podskoczyłam przestraszona na dźwięk klaskonu.
- Nie mam całego dnia, zakochańce! - Usłyszeliśmy głos studenta wychylającego się ze starego opla.
Kacper westchnął przeciągle i powiedział:
- Już idziemy, braciszku.
Rozwaliliśmy się na tylnim siedzeniu i znowu gadaliśmy o głupotach starając się rozbawić Szymona.
Wybuchaliśmy śmiechem za każdym razem gdy nam się udało.
Kiedy śmialiśmy się do rozpuku już kolejny raz usłyszałam pisk opon. Oślepiło mnie ostre światło i ostatnie co zarejstrowałam zanim zapadła ciemność to krzyk. Chyba mój...
____________________________________
Witam prologiem do opowiadania, które zaznaczam na początku nie będzie zbyt długie.
Jest to dość nowe dla mnie, tego typu historia i nie obiecuję, że wyjdzie tak jakbym chciała.. :c
Zapraszam do komentowania i wyrażania swojej opinii w jaki kolwiek sposób ;D