niedziela, 29 września 2013

"Porażka to nadzieja, której udziela nam szczęście."

- Jeszcze dziesięć. - Powiedział a ja powstrzymałam jęk, albo warkot. - Nie narzekaj. - Dodał wesołym tonem.
Byliśmy na sali korekcyjnej w naszym starym gimnazjum. Było najbliżej a dyrektorka bardzo przejęła się moim stanem i pozwoliła mi z niej korzystać.
Rehabilitantka zadała zadania i Kacper pomagał mi w ich wykonaniu.
Właśnie robiłam pompki. O ile pompkami można nazwać półleżenie i staranie się by podnieść swój tułów na rękach.
Kiedy skończyłam pomógł mi usiąść na wózek.
- Dobrze sobie radzisz. - Powiedział odwożąc mnie do szatni. Prychnęłam zirytowana.
- Nikt nie mówił, że będzie tak ciękżo.
- Nikt nie mówił, że życie tak bardzo skopie nam tyłki. - Odparł poważnie.
Westchnęłam ciężko.
- Przepraszam, że tak narzekam. - Wyznałam. - Ty jak zwykle zachowujesz się nienagannie.
- Tak? - Zaśmiał się cicho. - Dziwnie się czuję z myślą, że wiesz o mnie więcej niż ja sam.
- Zawsze zachowujesz zimną krew kiedy ja panikuję. - Powiedziałam. - Wolisz gorzką kawę a ja słodką, ty uwielbiasz pizzę z salami a ja kukurydzą. Mogłabym tak wymieniać godzinami.
- Tak się różnimy? - Zdziwił się.
Dojechaliśmy do szatni i sama wjechałam do osobnego pomieszczenia by się przebrać.
- Uzupełniamy się. - Powiedziałam głośno. - A jak ty się trzymasz?
- Boli mnie głowa, a tak to chyba nie jest najgorzej. - Usłyszałam zza drzwi.
- Brałeś tabletki? - Zapytałam.
- A myślałem, że to ja jestem ten rozgarnięty typ. - Mruknął pod nosem. Zaśmiałam się.
Byłam tak zdziwiona, że aż upuściłam koszulkę.
Zaśmiałam się...
***
- On zawsze tak na ciebie działał. - Mówiła moja mama podczas obiadu gdy opowiedziałam jej całą sytuację. - Przy nim zawsze jesteś taka promienna.
- A co jeśli on nie odzyska pamięci? - Zapytałam. - Jeżeli nie przypomni sobie, że mnie kocha i ja kocham jego?
- Jeżeli sobie nie przypomni to na pewno zakocha się na nowo. - Odparła uśmiechając się ciepło.
Wbiłam widelec w ziemniaka i zamyśliłam się. Po chwili na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dziękuję mamo. - Powiedziałam przytulając ją lekko.
***
Siedzieliśmy w pokoju i oglądaliśmy zdjęcia.
- A tu byliśmy razem w Ustce. - Pokazałam mu fotografi na której stoimy pod znakiem z wielkimi uśmiechami obejmując się. - Rok temu, na wakacjach.
- Musiało być super. - Powiedział ze sztucznym uśmiechem.
- Może to nie to. - Powiedziałam szybko. - Może to nie to wspomnienie ma być tym impulsem. Szukamy.
- Wiem. - Odparł masując skronie.
- Boli cię głowa? Dalej? - Zaniepokoiłam się.
- To nic takiego. - Powiedział szybko.
- Powinieneś o tym powiedzieć lekarzowi. - Zganiłam go.
- Nie trzeba. - Powiedział twardo i zmienił temat: - A to gdzie?
- W Spodku. - Westchnęłam. - Na meczu Polska - USA na tegorocznej Lidze Światowej w siatkówce. Zdjęcia z Kurkiem, Dzikiem i Holtem to twoje największe skarby.
- To pamiętam. - Powiedział. - W sensie to, że lubię siatkówkę. - Dodał szybko.
- Bo uwielbiasz ją od dziecka. - Powiedziałam poważnie. - Ja zawsze jeździłam na łyżwach a ty grałeś na halach.
- Więc oboje mamy sportową krew. - Zaśmiał się. - Nigdy się nie poddajemy, tak?
Przytaknęłam mu z uśmiechem.
- A to gdzie? - Zapytał pokazując kolejną fotogtafię.
____________________________________
Rozdział mało konkretny, ale na następny szykuję bum! ;D

Proszę o komentarze, nawet jeżeli już komentowałaś poprzednie rozdziały. To bardzo nakręca ;D

"... a bóstwa to już tylko złote posążki.."

- Jestem twoją matką, Kacperku. - Powiedziała zszokowana kobieta.
- Na prawdę? - Zdziwił się chłopak. - Nie pamiętam.
- Pójdę zawołać panią doktor. - Powiedziałam cicho i ulotniłam się z pokoju.
Z dziwnym spokojem objaśniłam lekarce sytuacje.
Weszła do gabinetu i wyprosiła wszystkich zgromadzonych.
***
- Wygląda na to, że Kacper ma amnezję. - Mówiła pani doktor. - Nie pamięta osób, miejsc, wspomnień od czasu śmierci jego dziadka. Ostatnie co pamięta to jego pogrzeb. Nie wiem jeszcze na ile jest to związane z szokiem a na ile z urazem głowy.
- Czyli nie wie pani czy to trwałe. - Dopowiedziałam. Kiwnęła powoli głową.
- Przykro mi, ale ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. - Powiedziała ze smutkiem w głosie. Nie miałam głowy do tego, żeby oceniać czy był szczery.
Matka Kacpra płakała w objęciach męża a ja powstrzymywałam łzy.
Stało się. Straciłam go. Nie pamiętał mnie, tego co nas łączyło ani żadnej z naszych randek.
Odjechałam z pomieszczenia i ruszyłam przed siebie ledwo widząc przez łzy.
- Alu... - Usłyszałam łamiący się głos mojej mamy i rozpłakałam się już na dobre. Przytuliła mnie.
I tak trwałyśmy przez kilkanaście minut. Ułomna, płacząca ja i tuląca mnie kobieta, która w tej chwili była mi bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.
***
- Pyta o ciebie. - Powiedział mi Szymon przez telefon. Zamurowało mnie. - Pyta o dziewczynę płaczącą na korytarzu z jego powodu, o dziewczynę, która miała rozpacz w oczach przy jego łóżku. Stara się sobie przypomnieć.
Łzy pociekły mi po policzkach. Znowu. Zastanawiałam się nad tym ile człowiek może płakać i czy jest w stanie wypłakać wszystkie łzy.
- Nie jestem teraz w stanie. - Wyszeptałam do aparatu.
- Możesz mu pomóc. - Odpowiedział uparcie. - Psycholog mówi, że twoje wspomnienia i twoja wartość mogą coś zdziałać.
- Szymon, uwierz mi, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której pragnęłabym bardziej niż jego powrotu, ale nie wiem czy dam radę. - Głos mi się załamał. - Mi też nie jest łatwo. Matka nie spuszcza ze mnie wzroku bojąc się, że sama zrobię sobie krzywdę. I ja też mam psychologa. I rehabilitantkę. I cały zastęp ludzi traktujących mnie jakbym była z porcelany. I jestem na skraju załamania nerwowego. Przepraszam, ale nie dam rady.
Po drugiej stronie linii zapadła długa cisza.
- Błagam. - Odezwał się w końcu. - Chociaż przyjdź. On cię potrzebuje. Ty go potrzebujesz.
Najgorsze jest to, że w duchu przyznawałam mu racje...
***
Wjeżdżając do jego pokoju myślałam tylko o tym, żeby się nie rozpłakać.
- Cześć. - Usłyszałam tak dobrze znany mi głos.
- Hej. - Odparłam nie patrząc mu w oczy.
- Przepraszam. - Powiedział po chwili milczenia. Spojrzałam na niego zaskoczona. - Za to, że złamałem ci serce. Tak bardzo chciałbym cię pamiętać...
Chwyciłam go ostrożnie za rękę.
- To nie twoja wina. - Powiedziałam cicho. - Ja przepraszam za to, że nie chciałam do ciebie przyjść.
- Rozumiem. - Powiedział. - Słyszałem, że nie jest ci łatwo.
Pokiwałam głową.
- Zawrzyjmy umowę. - Zaproponował. - Ja nigdy nie poddam się w poszukiwniu wspomnień a ty nigdy nie poddasz się wózkowi. Możemy się nawzajem wspierać.
- Zawsze to robiliśmy. - Powiedziałam i spojrzałam w jego oczy. Nic się nie zmieniły, brakowało im tylko złośliwego błysku, który był w nich prawie zawsze... Były za to pełnie... pasji. Zawzięcia.
- Jak się poznaliśmy? - Zapytał, spuściłam wzrok.
- Na koncercie szkolnego zespołu, cztery lata temu. - Powiedziałam powoli. - Rok później zaczeliśmy się spotykać.
- Długo. - Westchnął w odpowiedzi. Znowu kiwnęłam głową. Poczułam, że coś we mnie pękło.
Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam ciękżo oddychać.
- Co jest? - Usłyszałam kobiecy, nieznany mi głos.
- Ciężkie chwile. - Odpowiedział jej głos Kacpra.
Uniosłam głowę, w drzwiach stała pielęgniarka i patrzyła na mnie ze współczuciem.
- Muszę do łazienki. - Wychrypiałam i zniknęłam za drzwiami.
Tak jak można było przypuszczać nie była ona przystosowana do wózkowiczów, ale i tak nie przyszłam tam załatwić potrzeb tylko pomyśleć, uspokoić się.
- A co jeśli nie dam rady? - Usłyszałam przez drzwi Kacpra.
- Dasz. Oboje dacie. - Odpowiedział głos jego matki. Skąd ona się tam wzięła? - A kiedyś będziecie opowiadać o tym wnukom.
Wymruczał coś cicho w odpowiedzi, nie dosłyszałam nic konkretnego.
- Ona jest niesamowita. - Odparła jego matka. - Jest silna i nie podda się. Jest sportowcem i nie pogodzi się z porażką. Zobaczysz.
To prawda. O tym sporcie. Jestem łyżwiarką. Nawet planowałam wiązać z tym przyszłość. Sportowcy mają to do siebie, że walczą do samego końca, więc dlaczego nie miałabym być inna?
"Bo już więc nie pojedziesz na łyżwach." Odpowiedział głos w mojej głowie.
- Ale nie mogę przegrać życia. - Szepnęłam do siebie. - Ani swojego, ani jego.
____________________________________

"A Bóg? Nie ma Boga, są tylko krzyże na drogach."

W ciemności dobiegał do mnie jedynie dźwięk miarowego pikania. Pikanie rozbrzmiewało dokładnie w odstępach 1,5 sekundy. Z nudów zaczęłam liczyć.
Jeden... Dwa... Trzy...
Doszłam do 159 gdy dotarł do mnie odgłos kroków. Ciężkich, szybkich kroków.
Pikanie przyspieszyło.
- Pani Cyrankiewicz? - Doszedł do mnie nieznany mi, kobiecy głos. - Doktor Ogaza panią prosi.
Potem znowu rozległy się kroki, ale zaraz ucichły.
Pikanie wróciło do normy.
Poczułam dotyk. Na ręce.
Czułam się dziwnie pusta, myślenie przychodziło mi z trudem a fakty kojarzyłam bardzo wolno.
Otworzyłam oczy, ale zaraz je zamknęłam bo oślepiło mnie światło.
Spróbowałam jeszcze raz; powoli.
- Ala. - Usłyszałam dobrze mi znany głos obok mojej głowy.
Szybko spojrzałam w tamtą stronę i przez czaszkę przeszedł mi ostry ból. Syknęłam.
- Powoli. - Powiedziała pospiesznie Kasia. Miała łzy w oczach. - Żadnych gwałtownych ruchów. Zaczekaj, zawołam twoją mamę i lekarza. - Powiedziała i zniknęła za drzwiami.
Po chwili wróciła w towarzystwie eleganckiej kobiety z zapuchniętymi oczami i rozmazanym makijażem oraz z siwiejącym mężczyzną w białym fartuchu.
- Witam, pani Alicjo. - Powiedział facet.
- Co się stało? - Zdołałam wykrztusić.
- Miała pani wypadek samochodowy. - Powiedział wyciągając coś z kieszeni. - Proszę popatrzeć w dal. - Nakazał zapalając latarkę i świecąc mi po oczach. - Jest pani w szpitalu dziecięcym w Chorzowie. Byłaś nieprzytomna przez dwa dni.
Spojrzałam na niego z wielkimi oczami.
- Mam dla pani bardzo ważne zadanie. - Powiedział spokojnie wytrzymując moje spojrzenie. - Proszę poruszyć palcami u nóg.
Zrobiłam co kazał a matka wybuchnęła płaczem.
- Tak jak przewidywałem... - Mruknął lekarz pod nosem z niezadowolną miną.
- Co z Kacprem? - Zpytałam nie przejmując się reakcją mamy.
- Śpi. - Odparł lekarz. - A teraz pozwól, że cię zbadam...
***
Gapiłam się w ścianę. Były na niej namalowane kolorowe pingwiny.
Starałam się nie zwracać uwagi na dzieci hałasujące na korytarzu chociaż chciałam na nie nawrzeszczeć, wyrzyć się na nich. Byłam chyba najstarsza na oddziale.
Ciekawe czemu akurat pingwiny?
Nagle drzwi się rozsunęły i wpadł przez nie ciemnowłosy chłopak.
- Ala! - Wysapał Szymon. - Wiem, że pewnie nie chcesz mnie widzieć, ale ja muszę cię przeprosić.
Spojrzałam na niego pustym wzrokiem. Nic nie odpowiedziałam.
- Jestem idiotą. Już nigdy nie siądę za kółkiem. Nigdy sobie tego nie wybaczę. - Usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach. Na głowie miał opatrunek, prawą rękę na temblaku.
Zrobiło mi się go żal.
- To nie tylko twoja wina. - Powiedziałam cicho.
- A właśnie, że moja. - Zaszlochał. - To, że mój brat jest od trzech dni nieprzytomny, że ty nigdy nie staniesz na własnych nogach, że moja matka patrzy na mnie jak na śmiecia...
- Przestań. - Przerwałam mu ostro. - Zamknij się, weź się w garść i powiedz mi co u niego.
Kacper leżał w innym szpitalu. Miał już 18 lat, więc nie mógł leżeć w dziecięcej placówce. A mnie nie chcieli wypuścić bym mogła go odwiedzić.
- Stabilny. - Odpowiedział Szymon podnosząc głowę.
- Dobrze. - Pokiwałam głową. - Zostaw mnie samą. - Powiedziałam bardziej sucho niż zamierzałam.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi po moich policzkach spłynęły łzy. Mój wzrok padł na wózek stojący pod ścianą, który teraz miał się stać częścią mojego życia, mnie.
Od wczoraj robiłam co się dało by na niego nie patrzeć, by nie myśleć o tym, że już nigdy nie pojadę na rowerze, na łyżwach, że ludzie będą patrzeć ze wspóczuciem, którego nie chcę. A najboleśniejszą myślą było to, że może zabraknąć przy mnie Kacpra.
Kiedy dowiedziałam się, że ma poważny uraz głowy i że niewiadomo kiedy się obudzi zrobiło mi się ciężko na sercu. Ta myśl była sto razy gorsza od wózka.
Zadawałam sobie pytania dlaczego? Za co? Czemu my? I nie potrafiłam na nie odpowiedzieć...
***
Pominę mój pierwszy raz na wózku, pierwszą "przejażdżkę", zajęcia z psychologiem i pierswszą rehabilitację. Przejdę od razu do pierwszego razu jak wjechałam na salę Kacpra.
Bardzo różniła się od mojej, była biała, ściany były nagie a okna odsłoniętę.
Dotknęłam jego ręki tłumiąc szloch. Spędzałam tam prawie cały swój czas, razem z jego rodziną, uciekając przed matką, która patrzyła na mnie ze łzami w oczach i taty, który przerabiał nasze mieszkanie na "bardziej dla mnie".
Pewnego dnia Kacper otworzył oczy. Moją radość, mój pierwszy uśmiech od wypadku zniszczyły jego słowa wypowiedziane najpierw do jego mamy a potem do wszystkich zgromadzonych:
- Kim jesteś? Kim wy wszyscy jesteście i gdzie ja jestem?
____________________________________
Mam nadzieję, że ten rozdział rozjaśnił rodzaj tego opowiadania i że nie zniechęcił nikgogo :)

W planach miałam udostępnić rozdział jutro, ale tyle komentarzy, że nie mogłam się powstrzymać ;D

sobota, 28 września 2013

Prolog: O początku.

Mam na imię Alicja.
Nazwano mnie tak ponieważ moi rodzice bardzo lubią bajkę "Alicja w Krainie Czarów" i myślą, że to imię przyniesie mi szczęście i sprawi, że będę wybijać się ponad przeciętność.
W tym roku zaczęłam studia. Na biologii. W przyszłości chcę zostać mikrobiologiem i pracować w laboratorium. Uczę się i ciężko pracuję bo chcę spełnić marzenie, bo, mimo wszystko, one czasem się spełniają..
Opowiem wam moją historię a zacznę ją pewnego wiosennego dnia.

***

Świeciło słońce. Nie ma nic gorszego dla ucznia niż dobra pogoda za oknem szkolnej sali lekcyjnej. Nerwowo stukałam palcami o blat stolika i nawet nie starałam się słuchać nauczyciela.
- Weź, przestań. - Skarciła mnie przyjaciółka patrząc wymownie na moją rękę.
Westchnęłam ciężko, ale uspokoiłam się.
- Co ty taka nerwowa? - Zapytała szeptem i z uśmiechem Kasia.
- Kacper przyjdzie mnie dzisiaj odebrać. - Odpowiedziałam, uśmiechając się od ucha do ucha.
Koleżanka teatralnie wywróciła oczami.
- Te licealne miłości... - Powiedziała naśladując moją mamę.
Zaśmiałam się cicho.
Zadzwonił upragniony dzwonek.
Cały czas się uśmiechając spakowałam rzeczy do plecaka i krzycząc wszystkim głośne "cześć!" jako pierwsza wybiegłam z klasy.
Stanęłam przed szkołą i rozejrzałam się. Stał tam gdzie zawsze, przy huśtawce po drugiej stronie ulicy.
- I jak tam? - Zapytał mocno tuląc mnie na powitanie.
- Już dobrze. - Odparłam i poczułam jak się śmieje.
Kacper był wyższy ode mnie o głowę, n nieogarniętą, ciemnobrązową burzę i czarne oczy. Ma szyji wsiały słuchawki, jak zawsze.
- Dzisiaj zabieram cię na pizzę. - Powiedział chwytając mnie za rękę. - A potem Szymon powiedział, że nas odwiezie.
Szymon był starszym bratem Kacpra. Z uśmiechem przystanęłam na jego propozycję i ruszlyliśmy do naszej ulubionej pizzerii.
Usiedliśmy i pozwoliłam zamówić mu posiłek a sama zaczęłam wygrzewać się na słońcu wpadającym przez otawrte okno.
- Przegrać walkę o uwagę swojej dziewczyny z pogodą... - Usłyszałam jak mruczy pod nosem mój towarzysz. Zaśmiałam się i otworzyłam oczy.
- Czasem trzeba pogodzić się z porażką. - Odparłam. W odpowiedzi pokazał mi język.
Pizzę zjedliśmy opowiadając sobie o wydarzeniach mijającego dnia, wspominając głupoty i gadając o muzyce.
Zanim się obejrzeliśmy już musieliśmy się zbierać.
Czekając na chodniku na samochód Szymona przytuliłam go.
- A za co to? - Zapytał z uśmiechem, który tak uwielbiałam.
-Za to, że jesteś. - Odpowiedziałam poważnie.
On też spoważniał, uniósł moją głowę i złożył na ustach delikatny pocałunek.
- Kocham cię, wiesz o tym, prawda? - Zapytał patrząc mi w oczy.
W tym momencie podskoczyłam przestraszona na dźwięk klaskonu.
- Nie mam całego dnia, zakochańce! - Usłyszeliśmy głos studenta wychylającego się ze starego opla.
Kacper westchnął przeciągle i powiedział:
- Już idziemy, braciszku.
Rozwaliliśmy się na tylnim siedzeniu i znowu gadaliśmy o głupotach starając się rozbawić Szymona.
Wybuchaliśmy śmiechem za każdym razem gdy nam się udało.
Kiedy śmialiśmy się do rozpuku już kolejny raz usłyszałam pisk opon. Oślepiło mnie ostre światło i ostatnie co zarejstrowałam zanim zapadła ciemność to krzyk. Chyba mój...
____________________________________
Witam prologiem do opowiadania, które zaznaczam na początku nie będzie zbyt długie.
Jest to dość nowe dla mnie, tego typu historia i nie obiecuję, że wyjdzie tak jakbym chciała.. :c
Zapraszam do komentowania i wyrażania swojej opinii w jaki kolwiek sposób ;D